Teoria „be”, praktyka „aja” – czyli słów kilka o zarządzaniu made in Poland

Dobrodziejstwem pracy zarówno na gruncie teorii jak i praktyki biznesu, jest możliwość pełnego poznania punktów widzenia obydwu stron „barykady”. Tak, nie mylisz się szanowny czytelniku, „barykady”. Celowo użyłem tego określenia, ponieważ wykonując pracę konsultanta biznesowego, zauważyłem pewien niezwykły paradoks, który wprawił mnie w szczere zdziwienie, które nie może mnie opuścić po dziś dzień.

Otóż, w ostatnich czasach mamy do czynienia z panującym poglądem, iż przychodzi nam funkcjonować w tzw. gospodarce opartej na wiedzy, która jest głównym motorem uzyskiwania i powiększania przewagi konkurencyjnej we współczesnym biznesie. Jednym tchem, zarówno na gruncie teorii jak i  tzw. praktyki zarządzania, Podkreśla się potrzebę ciągłego rozwoju organizacji w oparciu o takie hasła jak: „zarządzanie wiedzą”, „era informacji”, „rozwój kompetencji” itp. Podkreśla się konieczność ciągłego kształcenia na każdym etapie życia zawodowego.

W związku z tym, firmy wysyłają swoich pracowników na szkolenia, studia podyplomowe itp. (co cieszy mnie niezmiernie z kilku wiadomych powodów), chcąc wpisać się w panujące trendy i modę. Ten idylliczny obraz zakłócony zostaje jednak znacznie kiedy „wejdzie” się do firmy mijając szklane drzwi oddzielające PR zewnętrzny od rzeczywistego obrazu przediśebiorstwa. I tutaj spotyka mnie niezwykłe zaskoczenie. W trakcie rozmów inicjujących niektóre projekty, aż nazbyt często słyszę twierdzenia w stylu: „teoria i praktyka to zupełnie inne światy”, „po studiach trzeba wyrzucić z głowy książkowe mądrości i zabrać się za robotę”, „studia kończy się po to, żeby mieć papier”, „gdybym miał wdrażać te wszystkie teorie to bym zwinął interes” (cytaty pochodzą ze spotkań skromnego autora z przedstawicielami biznesu).

Słysząc takie stwierdzenia, nie mogę mentalnie przejść obok tego obojętnie. O co tu chodzi? – zadaję sobie to niezwykle proste pytanie, starając się zrozumieć tok myślenia moich szanownych rozmówców, którzy artykułują takie poglądy. Moje zdziwienie jest tym większe, im więcej wiem na temat sposobu zarządzania prezentowanego przez ludzi, którzy wypowiadają się w przedstawiony sposób, na temat korelacji pomiędzy teorią a praktyką zarządzania. Weźmy na przykład praktyki firm związane z rekrutacją. Pytając mojego rozmówcę (jednego z autorów cytowanych powyżej „złotych myśli”), o listę warunków koniecznych, które kandydat musi spełnić aby móc rozpocząć błyskotliwą karierę właśnie w jego firmie, prawie zawsze uzyskuję odpowiedź – „bez dyplomu wyższej uczelni, nie ma się co u nas pokazywać”!!! No i co myśleć o czymś takim?

Całe szczęście uodporniłem się nieco na tego typu sytuacje, po prostu robiąc swoje. Czasami, jeżeli projekt doradczy, w którym uczestniczę, kończy się pełnym sukcesem i przy wręczaniu faktury (miły moment, z elementami podniosłościJ) panuje pozytywna atmosfera, pozwalam sobie na komentarz w stylu: „gdyby nie podręczniki akademickie, to bym sobie nie poradził”, obserwując z dziką satysfakcją miny obecnych.

Głębiej zastanawiając się nad opisywanymi zdarzeniami (dodając temu tekstowi trochę powagi) dochodzę do dwóch zasadniczych, jak najbardziej subiektywnych wniosków. Po pierwsze urok naszego kraju polega na tym, że najpierw na siłę próbujemy podążać za płynącymi z zachodu wzorcami, a dopiero po dłuższym czasie, zadajemy sobie trud ich zrozumienia i sprawdzenia, czy aby na pewno pasują do naszych uwarunkowań społecznych i kulturowych (dotyczy to nie tylko biznesu).

Po drugie, przyznać się muszę szanownemu czytelnikowi, że na początku drogi zawodowej, moje myślenie było bardzo zbliżone do poglądów prezentowanych powyżej (Nie mylić z poglądami autora), ponieważ nijak nie potrafiłem w „praktyce” zastosować wiedzy nabytej w trakcie studiów. A było tak dlatego (niestety nie byłem na tyle rozgarnięty, żeby wcześniej na to wpaść), że rozwiązania opisywane w „mądrych książkach” próbowałem „żywcem” przenieść na codzienną praktykę. Skutki bywały opłakane, a ja czułem się z tym naprawdę marnie. Dlatego, mimo wszystko jestem w stanie zrozumieć osoby tak wyraźnie (pewnie z powodu przykrych doświadczeń) oddzielające sferę teorii i praktyki zarządzania.

Na podstawie wspomnianych doświadczeń (obfitujących w sukcesy i porażki) i gruntownych przemyśleń (tej wersji będę się trzymał), sformułowałem tezę, którą głoszę moim studentom (których serdecznie pozdrawiam wątpiąc jednocześnie, aby którykolwiek tekst ten przeczytał) oraz przy okazji spotkań biznesowych, iż tak naprawdę praktyka to teoria, tyle że dopasowana do specyfiki przedsiębiorstwa i panujących w danym momencie warunków gospodarowania. W moim skromnym odczuciu, lepiej jest zdać sobie z tego sprawę wcześniej niż później, gdyż pozwoli nam to uniknąć szeregu bolesnych błędów.

 

Marcin Gołembski